Janusz Maszczyk: Alejkami Parku Renardowskiego

Na zdjęciu 19 fragment stawu parkowego od strony północno – wschodniej, czyli od dawnych ulic Dworskiej i Piekarskiej (autor wraz z kolegami stoi od strony południowo zachodniej). Od lewej – Adaś Zajaś, Z.B. i autor – Janusz Maszczyk.]

[Zdjęcie nr 18 A z końcowych lat 40. XX wieku. Ten sam, co na zdjęciu nr 18 drewniany i utrwalany na zdjęciach przez wielu sosnowiczan romantycznie wkomponowany w parkowy pejzaż mostek. Od lewej: mój ojciec Ludwik Maszczyk, Stanisław Doros i Mieczysław Doros – bracia mojej mamy Stefani Maszczyk (rodowe nazwisko Doros).]

****

Przez wiele, wiele lat w XIX w., a nawet jeszcze w XX wieku woda w rzece Czarnej Przemszy była krystalicznie czysta i pełna różnej wielkości ryb. W tej czystej rzece – mojej kochanej Czarnej Przemszy – nauczyłem się podczas okupacji niemieckiej i po 1945 roku tak doskonale pływać, że zaliczyłem bez trudności konkursowe pływanie, gdy startowałem na studia do Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego w Krakowie (obecnie już AWF im. Bronisława Czecha). Powracając jednak do zasadniczego tematu. Z inicjatywy więc L. Mauvego wybudowano w pobliżu tej rzeki niezwykle ozdobną pod względem architektury „Parkową przepompownię”, co już wyżej zasygnalizowałem. Elewacja tej niezwykłej parkowej budowli cała była pokryta ozdobną brązowo – czerwoną cegłą, podobnie jak wszystkie budynki osiedlowe „Renarda”. W środku zainstalowano o niezwykłej mocy i przepustowości kilka wodnych pomp. W tym wnętrzu bywałem jeszcze podczas okupacji niemieckiej i zaraz po 1945 roku co najmniej kilkanaście razy. Zabytkowe pompy ssały i tłoczyły wodę rytmicznie, a towarzyszył im zawsze majestatyczny i miarodajny oraz delikatny szmer, czy jak inni mawiali – pomruk, tak jakby w powietrzu tańczyły chrabąszcze. Podstawowym zadaniem tych pomp było zarówno dostarczanie wody pod zamułkę do wnętrza Kopalni „Hrabiego Renarda” w Sielcu i jednoczesne też odprowadzanie do Czarnej Przemszy nadmiaru zgromadzonej wody z tej samej kopalni. W tych samych podobno latach koncern renardowski zainstalowanymi pod ziemią rurami dostarczał też wodę do kilku innych jeszcze przedsiębiorstw na terenie Sosnowca. Szczególnie do tych zakładów pracy, które swą produkcję musiały wspierać dużą ilością wody. Ale to już temat tak szeroki, że wymaga odrębnego artykułu.

Pamiętam, że hala „Parkowej przepompowni” była zawsze utrzymywana w niezwykłej wręcz sterylnej czystości. Lśniące, wypolerowane do połysku pompy stały szeregowo na podłożu lśniących połyskiem płytek terakotowych. Cała jej budowla była silnie napromieniowana od zachodu poprzez stosunkowo duże okna. Dach, zawieszony był tradycyjnie na drewnianych dźwigarach i pokryty jak za dawnych lat papą smołowaną. Również samo otoczenie tego parkowego obiektu pełne było kwiatów i ozdobnych kwitnących krzewów, co niezwykle też harmonizowało z przyrodą parkową. Przypominam sobie, że na terenie Parku Renardowskiego od terenu przepompowni wzdłuż rzeki Czarnej Przemszy, po skarpie rzecznej ciągnął się specjalnie zabudowany i wysoki na 50 -70 cm z ozdobnych czerwono – brązowych cegieł murek. Kończył się dosłownie na styku ze skarpą kamienną, graniczącą z terenem kościelnym w Nowym Sielcu. Od strony przepompowni poprowadzono też nad rzeką Czarną Przemszą w kierunku ogródków działkowych przy „Białych Domach” niezwykle malowniczy mostek. Cały był wykonany z konstrukcji metalowej i pomalowany czarnym jak smoła lakierem, zakończony od strony ogródków działkowych, niezwykle fikuśną też metalową „budką”, gdzie drzwi zamykane były na klucz. Dach „budki był półokrągły. Kluczem oczywiście dysponował tylko pracownik hali przepompowni. Mostek, jak wyżej wspominam jeszcze wówczas (do lat 50 XX w.) kończył się na terenie przepięknych kolorowych i miododajnych ogródków działkowych. Z tego mostku jeszcze podczas okupacji niemieckiej i w latach 1945 – 1947, w Noc Świętojańską, jako jeszcze dziecko puszczaliśmy z moją mamą po rzece podświetlone świeczką kolorowe wianki. A wokół towarzyszył nam rozśpiewany i klaszczący w dłonie tłum mieszkańców z pobliskich zabudowań, z tak zwanego fabrycznego osiedla Huldczyńskiego – „Białych Domów”. Ten świat dobrych i życzliwych ludzi, o ciepłym też serce i wiecznie też do na maluchów uśmiechniętych, niestety ale już dawno, dawno temu odszedł z tego świata. Może jeszcze tylko wspomnę, że przez wiele lat, od okresu II Rzeczypospolitej Polski, poprzez okupację niemiecką, aż do pierwszych miesięcy po 1945 roku, jedynym kierownikiem tej zaczarowanej maszynerii w „Parkowej przepompowni” był pan Grabara. Imienia tego sympatycznego Pana niestety, ale już nie pamiętam. Pamiętam natomiast doskonale, że był człowiekiem wiecznie promieniście uśmiechniętym i niezwykle życzliwie, i dobrodusznie też ustosunkowanym do nas maluchów. Takim po prostu na starość go zapamiętałem…

Tereny całego parku zostały niezwykle malowniczo zaprojektowane, a później stopniowo przez wiele, wiele lat, nawet już po śmierci L. Mauvego skrupulatnie i konsekwentnie realizowane. Oczywiście, że po śmierci tej nietuzinkowej sosnowieckiej postaci projekt w trakcie realizacji ulegał też wielokrotnym zmianom.

****

Na temat kapitałowego sponsoringu i napływu w XIX w. i w pierwszych latach XX wieku, obcego zagranicznego kapitału do Zagłębia Dąbrowskiego narosło nie wiem nawet dlaczego, ale wiele legend i mitów oraz ponoć też „prawd” jednak chyba zbytnio przekoloryzowanych. Już ten temat na początku felietonu zasygnalizowałem. Warto jednak to zagadnienie nawet kilkunastoma zdaniami jeszcze teraz poszerzyć. Obcy kapitaliści, głównie niemieccy (nie tylko niemieccy!) nie przybywali wtedy do Polski, lecz do Rosji. Państwo Polskie bowiem od wielu lat nie tylko, że już nie istniało, ale zostało nawet wymazane z politycznej mapy Europy. Równocześnie o czym już wyżej wspominałem, nikt przy zdrowych zmysłach podczas zaborów Rosji carskiej nie mógł przewidzieć, że w 1918 roku Polska niespodziewanie odzyska niepodległość i powróci na łamy Europy. Warto też o tym pamiętać, że lojalnymi obywatelami danego państwa stajemy się nie tylko z powodów genowego dziedzictwa, lecz zależy to też od wielu, wielu czynników, głównie jednak od osobowości jaką prezentuje dany człowiek. Polakami więc się absolutnie od tak tylko nie rodzimy, tylko nimi za życia zostajemy, lub nie zostajemy nimi nigdy. O tym też warto pamiętać. Przybysze z dalekich stron, najczęściej żegnający się na zawsze ze swą dotychczasową ojczyzną, musieli więc sobie zdawać sprawę, że aby na terytorium Rosji carskiej osiągnąć jakieś korzyści materialne, to należało utrzymywać ścisłe stosunki z władzą carską i maksymalnie zaspakajać jej potrzeby. I w zdecydowanych przypadkach robili to bez zmrużenia oka i to wielokrotnie. Bo takie po prostu jest niekoloryzowane i niemityzowane nasze życie. Również Polacy mieszkający na terenach Zagłębia Dąbrowskiego, aby awansować zawodowo i korzystać z dobrodziejstw carskich, musieli nie tylko podporządkować się zaborcy rosyjskiemu i grać w tej samej orkiestrze, ale i perfekcyjnie posługiwać się językiem rosyjskim i to w mowie i w piśmie. I to niektórzy robili… Nie wspominam już o pracy zawodowej w rosyjskiej dyplomacji, gdyż tam kryterium lojalności takiego osobnika było jeszcze bardziej obostrzone wieloma paragrafami, niż nawet przeciętnego Rosjanina. Również kiedy kapitał głównie niemiecki opanował już rynek zagłębiowski, to Polacy by awansować zawodowo w takiej zagranicznej firmie (nawet po 1918 roku), zobowiązani byli perfekcyjnie opanować drugi jeszcze obcy język – niemiecki – i to w mowie, i w piśmie. To zagadnienie znam wprost doskonale z przekazów rodzinnych. Może tylko wspomnę, z zastosowaniem skrótów myślowych, że mój ojciec, by być zatrudnionym w charakterze tylko urzędnika w Fabryce Kotłów Parowych W. Fitzner i K. Gamper, to oprócz zdobycia odpowiedniego wykształcenia i poznania specyficznych tajników pracy w tym zawodzie (księgowość), musiał jeszcze perfekcyjnie opanować w mowie i w piśmie język rosyjski i niemiecki. W późniejszych latach doskonalił jeszcze język francuski oraz kaligrafię gotycką. Co niewątpliwie jemu się przydało w latach krwawej okupacji niemieckiej, gdyż tym kaligraficznym gotyckim pismem wprawił nawet w zdumienie swojego niemieckiego szefa – przybysza z dalekiego Hamburga. A znajomość języka francuskiego zaowocowała tym, że jednocześnie mógł się też bez problemu porozumiewać z zatrudnionymi w tej fabryce zbrojeniowej jeńcami francuskimi.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Bear